Facebook

Nouadhibou

By on 12 Lis 2011 in 2011 Mauretania | 1 comment

Nouadhibou  /12.11.2011r./

Ostatnie dni upłynęły nam na przemieszczeniu się z Ataru do Nouadhibou.

Jeszcze przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że w związku z zapowiedzianym odwetem ugrupowań terrorystycznych  za zbombardowanie bazy na terenie Mali przez wojska mauretańskie       – teren bazy wojskowej i lotniska w Atarze jest obudowywany murem jak również wokół rozstawiane są beczki z wodą i/lub betonem oraz kolczatki. Na terenie samego miasta ponoć trwają poszukiwania dwóch islamistów – ale jak ich rozpoznać wśród setek podobnych do siebie, „zaturbanionych” mężczyzn?

Do Nouakchott tym razem jechaliśmy busem  (oczywiście marki Toyota)  lokalnej firmy „Salima” .

Miłe zaskoczenie – mięliśmy faktycznie całe dwa miejsca siedzące  i w dodatku działała klimatyzacja. Oprócz nas sami Mauretańczycy.

Jak zawsze w takim momencie przypomina mi się tekst piosenki „Jolka, Jolka pamiętasz”: „…z autobusem Arabów zdradziła go…” ;-).  Chociaż akurat ten mauretański typ urody mężczyzn nie odpowiada mi w najmniejszym  stopniu. Pytałam Jurka – ma takie samo zdanie nt. urody tutejszych kobiet. Taka mała dygresja  dla zainteresowanych.

Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie – na koedukacyjne sikanie na poboczu (wszyscy na kucąco) a potem na modlitwę (pokłony itd.) Jakoś nie skorzystałam. W pewnym momencie dosiedli się do busa  również żołnierze i wszyscy zaczęli rozmawiać tak głośno, że „mp3” niewiele pomagało.

Najciekawszym elementem tej podróży była jednak „taxi” z przystanku już w stolicy do Misji. Po wytargowaniu u b. starszego Araba 800MRO (ok.8,00zł) za przewóz, musieliśmy się zapakować do rozklekotanego auta – np. bez lusterek. Po dolaniu benzyny (bo oczywiście zabrakło), wciśnięci na tylne siedzenia z większością naszych bagaży (oprócz plecaka Jurka, który podróżował w otwartym bagażniku) radośnie ruszyliśmy przez miasto, a nasz kierowca za pomocą latarki oświecał sobie deskę rozdzielczą. Ale dowiózł na miejsce bezpiecznie.

Chwilę później okazało się, że pére Jerome (do którego się udawaliśmy), jest na miejscu i możemy się z nim rano zabrać do Nouadhibou.

Kolejna podróż minęła prawie bez niespodzianek. Nie licząc żołnierza (marynarki wojennej), który się do nas dosiadł a także rodziny, której auto holowaliśmy  przez ostatnie 115km podróży. Ojciec rodziny był na tyle wdzięczny, że spodziewamy się zaproszenia na kolację.

Pierwsze wrażenie po przyjeździe – tutaj też niewiele się zmieniło. Całkiem sympatycznie było spotkać znajome twarze – m.in. hinduskie siostry (Saszi i Celine), guardiana z Algierii (którego pieszczotliwie nazywam Ahmedem-terrorystą), kucharkę Nene i jej córeczkę Justine.

Zresztą z wzajemnością. Nene przyrządziła dziś na obiad nasze ulubione „omlettes espagnioles” – czyli przepyszne omlety z warzywami.

A wczorajsze Święto Niepodległości (które notabene Angola obchodzi w tym samym dniu), Jerome uczcił odprawiając w tej intencji Mszę.

Szkoda tylko, że mamy spory problem z dostępem do Internetu ale pracujemy nad tym! 🙂

[nggallery id=3]

1 Comment

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *