Facebook

Jaipur

By on 14 Kwi 2012 in Indie 2012 | 0 comments

Piszę sobie właśnie z Pushkaru przy świeczce bo prądu chwilowo nie ma:-)

Ale od początku. Co do kolei indyjskiej, to po tym jak wsiadłyśmy nie do tego pociągu co trzeba (a pytałyśmy się kilkakrotnie), wcisnęłyśmy się na niby nasze miejsca ale nie nasze –  budząc całą hinduską rodzinę, której dowodziła wielka matrona i która to właśnie mocno zniesmaczona postanowiła się upomnieć u pracowników pociągu – przerzuciłyśmy się na lokalne autobusy.

Z uroczej Tundli, której co prawda nie planowałyśmy ale tak wyszło – pomknęłyśmy szybciutko tuk tukiem do Agry. Trzypasmówką, razem z cięzarówkami, traktorami, busikami, rowerami i wszelkimi innymi środkami komunikacji.

Potem tylko 6 godzin w autobusie i dotarłyśmy do Jaipuru. Po kolejnych, czasochłonnych zmaganiach z poszukiwaniem hoteliku – zrobiło się wystarczająco późno żeby iść spać (pomijając dłuższą chwilę poświęconą na pracę – dziękujemy odp. instytucji).

Jaipur jakos stolica Radżastanu jest miastem bardzo dużym, zatłoczonym i głośnym. W połączeniu z żarem lejącym się z nieba szybko męczy. Wizyta w Hava Mahal (Pałac Wiatrów) pozwoliła jednak odpocząć od zgiełku ulicznego. Budynki Pałacu i całej starówki zostały wymalowane na różowy kolor przed wizytą ks. Alberta na początku XIXw. Jak dla mnie  – kolor bardziej przypomina łososiowy/morelowy niż różowy :D.

Postanowiłam zebrać w kilka punkcików dotychczasowe wrażenia z podróży:

– mężczyźni wyglądają bardzo schludnie – prawie wszyscy noszą koszule i spodnie od garnituru lub jeansy;

– Hindusi dbają o higienę – korzystając z jakiegokolwiek środka kom. publicznej nie poczułam charakterystycznej woni, która w krajach afrykańskich bardzo dotkliwie daje o sobie znać;

– Delhi posiada metro, między miastami są trzypasmowe, dobrej jakości drogi – uwaga! płatne. Dla równowagi – w związku z zawodami sportowymi parę lat temu w indyjskiej stolicy, stwierdzono, że ulice w dzielnicy Pahar Ganj są zbyt wąskie więc je poszerzono. Zburzono pierwsze pokoje/metry w przyulicznych budynkach;

– w celu kupienia biletu na pociąg w rządowym biurze (bez prowizji) należy wypełnić specjalny formularz rejestracyjny. Listy pasażerów wieszane są na tablicach na właściwych peronach przed odjzadem danego pociągu;

– przy zamawianiu posiłków najlepiej je samemu wypisać na karteczce wraz z cenami – w celu uniknięcia pomyłki przy podliczaniu rachunku;

– na ulicach spotkac można krowy (to oczywiste) ale też sporo bezpańskich psów, kozy, wielbłądy, osiołki i świnki (nawet tuż obok nowoczesnej galerii handlowej w Jaipurze);

– w autobusie (klasy jakiej próżno szukać w Polsce)  konduktor pełniący też funkcję naganiacza i poganiacza posiada kasę fiskalną :D;

– po raz pierwszy zdarza mi się na taką skalę, że i ja i Ivette jesteśmy atrakcją turystyczną godną indyjskich monumnetów. W obiektach turystycznych co chwilę ktoś nas prosi o zdjęcie. Jeśli odmawiamy to najczęściej robi je ukradkiem. Nic tylko popaść w próżność :D.

Dopisek od Ivette:
Zwykle nie bywam przesądna, ale 13 w piątek zaznaczył się w kalendarzu indyjskiej podróży kilkoma elementami, które niektórzy mogliby odczytywać jako pechowe. Otóż z samego rana pod Pałacem Wiatrów urwał mi się pasek w japonkach:-), który roboczo postanowiłam zreperować taśmą samoprzylepną (mam zawsze przy sobie). Wracając auto-rikszą do naszego hotelu miejski podmuch wiatru z kurzem, pyłem, spalinami zwiał mi czapkę z głowy i poniósł daleko w stronę innych uczestników ruchu. Zatrzymanie się w celu jej łapania byłoby co najmniej szaleństwem i stanowiłoby poważne zagrożenie (czapkę z daszkiem zakupiłam w Marrakechu rok temu – widać muszę po sobie zostawiać ślady). Zapewne ktoś już ją sprzedał:-) W dodatku obracając się za nią w rikszy, odkryłyśmy z Ewą ze zdumieniem i przerażeniem, że śpi tam w najlepsze chłopak, jak się okazało – syn naszego driver’a. Jakby tego było mało – kierowca dowiózł nas po inny hotel o tej samej nazwie, ale zdecydowanie wyższym standardzie. Raczej nie wyglądałyśmy na europejskie arystokratki. W końcu dotarłyśmy. Jakoś przetrwałam do popołudnia, ale wracając z kafejki internetowej do pokoju hotelowego but znów odmówił posłuszeństwa. Próba podążania boso po rozgrzanym asfalcie zakończyła się fiaskiem, nawet gumka recepturka nie pomogła, musiałam jakoś dociągnąć nogę do pokoju i zmienić obuwie, a japonki zostały w koszu w Jaipurze:-) Zatem zakupy lokalne nieuniknione:-) Wszystkie przygody dnia zrekompensowało zwiedzanie uroczego Pałacu Wiatrów.

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *